Chiny · Ludzie · Praktycznie

Chińskie kalambury i naciągane przepisy, czyli jak kupić skuter w Chinach i nie zwariować

Dziś chcielibyśmy wrócić pamięcią do naszych pierwszym dni w Meizhou i w ogóle początkowego okresu pobytu w Chinach.

Jako wieloletni szczęśliwi użytkownicy skutera w Wielkiej Brytanii, wiedzieliśmy, że jeśli tylko będzie to możliwe, będziemy chcieli go zakupić i używać również w Chinach. Transport publiczny ma swoje plusy, jednak dla naszego stylu zwiedzania i bycia, własne dwa kółka są po prostu niezastąpione. W tym więc celu, opuszczając Wyspy Brytyjskie, zadbaliśmy o wyrobienie pełnych praw jazdy kategorii A, tj. na jednoślady. Lecz trzeba przyznać, że przydały się one tutaj jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Tak po prostu, nasze prawo jazdy (i nie tylko te na jednoślady, ale na wszelkieślady) okazały się zwyczajnie… nieważne.

Naturalną koleją rzeczy, pierwsze tygodnie w Chinach spędziliśmy jako bierni uczestnicy ruchu drogowego, tj. jako pasażerowie miejskich autobusów linii nr 5 lub 7. Nie było nam w smak targać ciężkie siaty zakupów i chodzić z nimi z przystanku do szkoły ponad pół kilometra, lecz teraz wiemy, że ten miesiąc był absolutnie niezbędnym etapem przed staniem się aktywnymi uczestnikami chińskiego drogowego konga. Przez okna autobusu bowiem, czyli niejako „na sucho”, podziwialiśmy, jakie manewry – poza tymi, które jeszcze jako tako człowiek mógł sobie wyobrazić – można na dwóch, trzech oraz czterech kółkach wykonywać. Z rozdziawionymi ustami i opadniętymi szczękami nawzajem pokazywaliśmy sobie, co (i jak) na publicznej drodze można przewozić. Raz też np. policzyliśmy, ile razy nasz kierowca „Siódemki” użył klaksonu na odcinku jednego tylko przystanku, tj. w czasie ok. półtorej minuty. Otóż użył go razy dziesięć. Słownie: dziesięć, co dało mu średnią jednego trąbnięcia na dziewięć sekund – a to i tak wynik daleki od później zanotowanego rekordu. Teraz pomnóż to jeszcze przez liczbę wszystkich użytkowników dróg naszego Meizhou i dopiero wtedy wychodzi pełniejszy obraz chińskiej ulicy oraz zasad na niej panujących. Zaprawdę, będzie to temat niejednego naszego wpisu, popartego oczywiście co bardziej siarczystymi wizualnymi dowodami.

Tak więc ów okres inkubacyjny okazał się błogosławieństwem dla naszego bezpieczeństwa. Niemniej przeciągnąłby się on nie wiadomo jak długo, gdyby nie to, że poznaliśmy pewnego obcokrajowca, zresztą jednego z zaledwie ok. 30 w całym mieście, dzięki któremu zakup naszego wymarzonego środka transportu okazał się, dziś możemy to stwierdzić, bajecznie prosty. Choć początkowo wcale się na to nie zanosiło.

Oto po kilku tygodniach wypytywania nowych znajomych o źródła informacji co do zasad rejestracji, zakupu oraz użytkowania skutera (wiadomo, sami do sklepu ani do tamtejszej Drogówki pójść nie mogliśmy, bo język), nasza sprawa nie ruszyła ani o krok. My za to nabieraliśmy coraz większego przeświadczenia, że w Chinach informacje (na temat każdy, nie tylko skuterów) zbiera się w „cokolwiek inny sposób” niż w Europie. Internet okazywał się być dla nich tylko taką aplikacją do robienia zakupów online, czytania głupawych newsów, ewentualnie bankiem przeróżnych gierek, ale na pewno nie źródłem praktycznych informacji. Komuna swoje zrobiła.

Cóż więc było robić? Adaptować się do nowej rzeczywistości i pytać dalej. Na nasze szczęście, dość szybko poznaliśmy wspomnianego znajomego, Kameruńczyka z urodzenia, który mając 10-letni staż w Meizhou, a więc nieźle władając językiem, nie tylko sam był posiadaczem i użytkownikiem motocykla, to na dodatek znał właściciela jednego z licznych sklepów jednośladów w mieście. A mieć znajomego na odpowiednim stanowisku w Chinach to więcej niż złoto.
Mając zatem chińskie „know-how” pod ręką, szybko okazało się np., że aby być szczęśliwymi posiadaczami skutera wcale nie musimy posiadać chińskiego prawa jazdy, bo i takie pogłoski do nas dotarły od znajomych znajomych, pytających w naszym imieniu swoich znajomych o jakąkolwiek wiedzę. Co ciekawsze, okazało się też, że de facto nie musimy posiadać żadnego prawa jazdy – pod warunkiem, że pojemność silnika będzie mniejsza niż 125cc. Wtedy, taki skuter traktuje się jak rower: bez żadnych tablic rejestracyjnych, bez papierów, zwyczajnie siadasz na „rower” i odjeżdżasz. I jakby w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku, w Meizhou istnieje cała ulica usiana sklepami ze skuterami o pojemności, a jakże, 124cc. My ochrzciliśmy ją ul. Skuterową; sami lokalsi nazywają ją ponoć „Motorcycle City”.

Tak więc szybko staliśmy się dumnymi posiadaczami skutera o oficjalnej pojemności silnika 124cc. Jaka była zaś jego faktyczna pojemność, tego nie dowie się nikt. Fabryczną nalepkę zerwano, w sklepowych papierach jak byk stało 124cc, czy więc – w razie czego – byłoby się czego czepić? No nie!

Byliśmy przeszczęśliwi. Własny środek transportu dawał nam niezależność i możliwość przemieszczania się w różne zakątki chińskiej ziemi, oczywiście w promieniu realnych możliwości naszej maszyny. Znamienna była też data: swoją komunikacyjną „niepodległość” uzyskaliśmy równo 11 listopada.

Moment wyczekiwany przez każdego kierowcę: przekazanie kluczyków.
Zadowolony klient, zadowolony pomocnik. Zadowolone panie to nasze sprzedawczynie. Do skuterka w kolorze żółtym, gratis dorzucono nam dwa różowe kaski, granatową, dwuosobową przeciwdeszczową okrybidkę, zapięcie oraz butlę oleju do wymiany.

Po przeprowadzce do Kunmingu na jesień 2015 oczywiste więc było, że tutaj też kupimy własny środek transportu. Jednak w Chinach co prowincja, to obyczaj. Przede wszystkim w Kunmingu, stolicy Yunnanu, jako dużo większej aglomeracji niż Meizhou, stawia się na skutery elektryczne. Istnieje tu (ponoć) zakaz wjazdu skuterów spalinowych do centrum miasta.

Naszej chińskiej koleżance jeszcze z Meizhou zleciliśmy więc rozeznanie się na oficjalnych stronach jak się sprawa będzie miała w Kunmingu. Jedyne, co znalazła, to wysokości kwot mandatów, opatrzone kilkoma twarzami nieszczęsnych kierowców, którzy opłaty za owe mandaty uiścić musieli.
A będąc już na miejscu, dużo gorzej było z pomocą kogokolwiek. Paradoksalnie, praca tym razem wśród obcokrajowców odcięła nas prawie całkowicie od kontaktu z mówiącymi po angielsku lokalsami, a co za tym idzie nie tylko od wiedzy na tematy różne, w tym zasady zakupu, rejestracji oraz używania skuterów, ale i zupełnie podstawowych spraw, jak np. tłumaczenia.

Jedyne, co zdołaliśmy uzyskać to powyższe tłumaczenie zdania „skuter na paliwo”. Kto by przypuszczał, że należałoby prosić również o dopisek z przodu: „Chcemy kupić”…?

No i się zaczęło. Pewnego dnia wybraliśmy się do wcześniej upatrzonych sklepów skuterowych. Pech chciał, że nie wzięliśmy ze sobą owej karteczki. Ale trudno – żachnęliśmy się – przecież jakoś damy sobie radę.
Wchodzimy do pierwszego sklepu – i co? Samo wytłumaczenie, że prosimy o kartkę i papier, by narysować naszą potrzebę, zajęło z kilka minut – a to był dopiero początek chińskich kalamburów.

Kalambury dla zaawansowanych. Dla nas to oczywiste, co owe rysunki przedstawiają, a – co najważniejsze – do czego prowadzą; dla Chińczyków – niekoniecznie. Instytucja kalamburów tu zwyczajnie nie funkcjonuje. Nie mają takiej kultury, zapewne nie mają takiego programu w swojej TV – no przecież wszyscy w Chinach gadają po chińsku, to po co komu te głupkowate i niepraktyczne wygibasy?

Co się tego dnia nawznosiliśmy oczu i rąk do nieba, to nasze. Pomstowaliśmy, robiliśmy wygibasy, szukaliśmy po ścianach elektrycznych gniazdek, potem je opukiwaliśmy, że nie, po czym nalewaliśmy fikcyjne paliwo do fikcyjnych wlotów paliwa – a oni nic, tylko na pełnym uśmiechu mówili „Tim-bu-dou” („Nie rozumiem”). Aż wreszcie coś tam chyba załapywali, tylko że zawsze słyszeliśmy jedynie: „Me-jo”, czyli że „Nie ma”.

Jak mejo, to idziemy dalej. I to samo od początku w kolejnych sklepach. W końcu jednak trafiliśmy do jednego, gdzie po standardowym teatrzyku pokazano nam palcem skuter, który okazał się być hybrydowym (na prąd i na paliwo). Dobra, skoro nic innego nie możemy znaleźć, to niech i taki będzie.
Wreszcie, po co najmniej pół godzinie udało nam się wybrać model i zabrać się za testowanie naszego „wybranka”.

Wreszcie wyciągnęli go do prezentacji, uff…

Obsługa odpala skuter – i co? A no i koło ociera. Na szczęście dodzwoniliśmy się do Kate, Chinki z naszej szkoły, która mówi po angielsku. Jej narada ze sprzedawcą trwała bez mała pięć minut. My pełni nadziei, że skoro tyle gadają, to znaczy, że ustalają coś konkretnego, np. że proponują nam nowy skuter lub coś równie zaawansowanego. Przejmujemy słuchawkę, a tam pada informacja: „Jest jakiś problem z kołem”. Aha…
Doprawdy, chińskie wolnomyślicielstwo nie przestaje nas zadziwiać po dziś dzień.
Okej, inicjujemy więc następującą wymianę zdań: „To proszę zapytaj, co mogą z tym zrobić”. „Dobrze, zapytam”. Przejmuje słuchawkę, pyta. Znów pięć minut intensywnej konwersacji, na której koniec pada „treściwa inaczej” odpowiedź: „Mają drugi skuter, ale w innym sklepie”. Okej, i co dalej? – pytamy Kate. „Poczekaj, zapytam”. No tak – nie pomyślała, żeby zapytać. Jakże typowo chińskie… No więc bierze słuchawkę, pyta, a my czekamy, oczywiście kolejne pięć minut. „Mogą go Wam pokazać” – pada odpowiedź. Nie no, możecie? Naprawdę!? Ojeny, cóż za wspaniała nowina! „Ale jak go nam pokażą? Gdzie?” – pytamy naszą tłumaczkę. „Poczekaj, zapytam”. Znów przejmuje słuchawkę, znów pyta i znów słucha, i więcej słucha, i więcej pyta, my zaś czekamy i czekamy, któreś już z rzędu pięć minut. I nie żeby przenośne pięć – pięć dosłowne. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że oni chyba tam sobie opowiadali historie swojego życia od czasów przedszkola, bo ileż czasu można spędzić na zadawaniu jednego prostego pytania?
Aż padła ostateczna odpowiedź sklepu: „Możemy Wam pokazać ten drugi skuter, jeśli chcecie go zakupić. Czy chcecie go zakupić?”

Doprawdy, doprawdy, powiadamy Ci, Drogi Czytelniku: tak jak za czasów wojny „zwykła wyprawa po zapałki” miała być dla Polaka wyprawą w nieznajome, tak dla Europejczyka zadanie Chińczykowi najzwyklejszego pytania JEST gwarantowaną wyprawą w krainę utraty energii, cierpliwości i (miejmy nadzieję, że nie trwałego) uszczerbku na psychice.
Ale do rzeczy.

Na oględziny drugiej, miejmy nadzieję już sprawnej maszyny umówiliśmy się na dzień następny. Przyjeżdżamy – nowy skuter jest, koło nie ociera i wszystko zdaje się okej, więc decydujemy się na jego zakup. Teraz tylko trzeba wydobyć od obsługi wskazówki co do obsługi wszystkich guzików skutera, bo przecież na angielską wersję instrukcji obsługi liczyć nie było co. I tu znów zaczyna się horror dogadywania się z osobnikiem, który tylko pozornie wygląda na drugiego człowieka, ale jest – cytując Piotra Fronczewskiego – „trudny do zarąbania”. Chłopie! Pokażże nam, od czego jest który przycisk, jak zapuścić silnik (w „hybrydzie” to nie takie oczywiste), jak przełączyć z prądu na paliwo i odwrotnie, i w ogóle! – zdawaliśmy się pytać o to całymi sobą, bo nie przyszło nam początkowo do głowy, że tak oczywiste pytanie też będziemy musieli wklepać w koślawy translator WeChat’a (do Kate tym razem nie udało nam się dodzwonić). I gdyby wreszcie nie pomoc koleżanki naszego „wyjątkowo rozgarniętego” osiemnastolatka, która akurat pojawiła się w sklepie i przejęła od niego pałeczkę komunikacji z „tymi dzikusami, co to po chińsku nie umieją”, na drugą wizytę w Skuterowni zeszłoby nam dużo więcej czasu niż tyle, ile zeszło. A zeszło (wyliczyliśmy to) bite dwie godziny. Rób, co chcesz, ale w Chinach bez chińskiego musisz mieć albo ocean czasu, albo nerwy ze stali. A najlepiej i jedno, i drugie.

„I jak im to wytłumaczyć inaczej niż po chińsku…”?
Koleżanka naszego „rozgarniętego” 18-latka wpisuje kolejne zdanie do translatora, podczas gdy kupujący robi dobrą minę do złej gry.

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s