Chiny · Kuchnia · Ludzie

Pierwsze chińskie śliwki, mocno robaczywki

Choć siedzi na krzesełku dla krasnoludka, to kontent. Wrrreszcie coś zjadliwego!
Choć siedzi na krzesełku dla krasnoludka, to kontent. Wrrreszcie coś zjadliwego!

Odwiedzasz inny kraj Europy i mimo, że nie mówią tam po polsku, jakoś się zawsze porozumiesz, doczytasz, dowiesz się. Ale zrób to samo w Chinach – za chiny! A to nie jedyna przepaść, która dzieli cię od świata, w którym przyszło ci żyć.

Pierwsze chińskie miasto, w jakim zatrzymaliśmy się to Shenzhen, przygraniczna metropolia, sąsiad Hong-Kongu. Do zrobienia była wiza, a także badania lekarskie, które miały wykazać, czy obcy nie wwożą przypadkiem do ich nieskazitelnie czystego (haha!) i zdrowego kraju jakiegoś egzotycznego choróbska. Badania wykazały, że nie wwożą. Koszt: 700¥ od łebka, na szczęście pokrywany przez szkołę.

No i już pierwszego wieczora gula nam mocno podskoczyła – oto nasza brytyjska karta kredytowa, która miała być naszym podstawowym źródłem utrzymania do czasu otrzymania pierwszej chińskiej wypłaty …nie działa! Dobrze, że chiński bankomat ją w ogóle wydalił, choć na myśleniu, czy ją nam wydać, zeszło mu z dobre dwie minuty. Łatwo więc sobie wyobrazić, cośmy tam w te dwie minuty przeżywali, gdy wszystko wskazywało na to, że bankomat zeżarł nasze ostatnie i jedyne pieniądze. I co było robić, skoro wokół niby sporo ludzi, ale żaden nie kuma Twojej mowy!?

A gdy już wreszcie karta została zwrócona, wracając do hotelu ulicami rozświetlonymi sto razy bardziej niż centrum Londynu, otrzymaliśmy wprost pod nogi potężny chlust mętną, śmierdzącą starymi skarpetami wodą z rury, która to rura umieszczona była zaraz nad chodnikiem tak cwaniacko, że w ogóle nie było jej wcześniej widać. Rursko o średnicy porządnego melona wychodziło gdzieś z boku, jakby z podziemi, pewnie z jakiejś pralni umieszczonej w suterenie, gdzie piorą chińskie brudy albo nie wiadomo co jeszcze. Ot tak, po prostu, chlusnęło z owej rury na chodnik w centrum wielkiej metropolii, chyba z jakieś 100 litrów, popłynęło sobie na skuśkę w stronę przystanku autobusowego oraz dalej na jezdnię i widać nie stało się to ani pierwszy, ani ostatni raz, skoro nikt z przechodniów nie zwrócił na tę małą powódź większej uwagi. Przechodnie zwyczajnie przeskakiwali lub obchodzili powstałą minirzeczkę z takim spokojem i rutyną, jakby ów chodnik nie był chodnikiem, a korytem dawno temu ustablizowanej w tym rejonie rzeki. Tak więc na progu hotelu stanęliśmy z mokrymi butami oraz nogawkami, ale nawet nie mogliśmy się ani wytłumaczyć, ani o nic poprosić nikogo na recepcji – bo i jak?
Ale kto by wtedy pomyślał, że to wszystko pikuś, gdyż najlepsze jeszcze przed nami?

Na swoim?

Do Meizhou (wymowa: mej-dżoł), czyli naszej bazy na nadchodzący (dziś już zeszły) szkolny rok, przybyliśmy na początku października. Październik w klimacie zwrotnikowym to nadal pełnia lata; to temperatury jedynie nieznacznie niższe od temperatur maksymalnych, które w tej części globu utrzymują się gdzieś od połowy maja do ok. połowy września. Gorące powietrze dosłownie wisi nad człowiekiem i jeśli nie przebywasz w klimatyzowanym pomieszczeniu, ewentualnie nie przemieszczasz się skuterem lub kabrioletem z prędkością minimum 30km/h – lepisz się od potu w mig. W tym miejscu warto nadmienić, że w naszych pokojach nie przewidziano klimatyzacji, ale jedynie wentylatory. Pewnie dlatego doniesienia od rodziny, że u nich właśnie spadło 15 centymetrów śniegu, wydały nam się czystą abstrakcją.

4-klimat MeizhouMimo to, nie tamten wielki gorąc spowodował, że pierwszej nocy na nowym miejscu nie wspominamy najlepiej (a to bardzo oględne słowa!). Wielki gorąc pobity został bowiem na łeb przez twarde chińskie łoże, a dokładniej „zdrowotny” chiński materac. Ponoć zdrowotny, dlatego o miękkości dębowej deski. Do tego wiekopomnego patentu lokalnej społeczności Hakka (ale i innych regionów Chin) wrócimy szerszym wpisem, bo naprawdę warto. Na przykład wytropiliśmy lokalną fabryczkę tychże materacy, znamy więc sekret ich „miękkości” od podszewki – od podszewki dosłownie!

Na drugi dzień, wspomniana wcześniej nasza opiekunka Teresa, drobniutka kobietka o wzroście ok. 150cm, bucikach i staniku w rozmiarach dziecięcych, fryzurze na pazia (ewentualnie „na garnek”) oraz szerokim uśmiechu i krzywych zębach, zawiozła nas do chińskiego supermarketu na zakupy podstawowych przedmiotów użytku codziennego. Oprócz garnków, sztućców, zmiany pościeli i ręczników, poduszek itd, zażyczyliśmy sobie kupienie nam jakiejś miękkiej nakładki na materac, bo co jak co, ale po dwóch nocach przeleżanych (przeleżanych – nie „przespanych”) na Hakka materacu, funkcjonować przez cały rok z poobijanymi biodrami zamiaru nie mieliśmy.

I tak w sumie trzy razy jechaliśmy na te zakupy, dzień po dniu, bo albo o czymś się zapomniało, albo Teresa przypomniała sobie o innych obowiązkach, ewentualnie była wzywana do szkoły na pilne zebranie (typowo chińskie planowanie się kłania). A skoro już mowa o  trzykrotnym przeczesywaniu półek supermarketu… Nastawialiśmy się na „tanie Chiny”, tymczasem zaobserwowane tam ceny były na podobnym poziomie jak na Wyspach Brytyjskich. Szok! Dopiero później, odwiedziwszy sklepy lokalne lub bazarki zebraliśmy kolejną lekcję: w Europie supermarkety są najtańsze – w Chinach najdroższe.

Co do lokalu, jaki nam w szkole przydzielono, stanowiły go dwa pokoje, 208 i 209, położone na pierwszym piętrze na końcu korytarza w budynku, który oryginalnie miał być uczniowską bursą, no ale skoro budowniczy nie ukończyli prac nad domem nauczyciela na czas, to… Ale nic to, przynajmniej nie mogliśmy narzekać na brak miejsca, jako że pokoje zostały zaprojektowane na szóstkę uczniów. Jednak, wierzcie nam, oddalibyśmy niemały kawałek naszego metrażu kosztem normalnej toalety, bo ta okazała się świecić dziurą. Tak – sedes w naszym oraz wszystkich innych szkolnych budynkach stanowi dziura, na narciarza, per poniższe zdjęcie. Panie na prawo, panowie na lewo i kucamy w krzaczkach!

W takich warunkach, gazety sobie raczej nie poczytasz…
W takich warunkach, gazety sobie raczej nie poczytasz…

Należało też rozkminić daną nam w użytkowanie pralkę, bo jakoś nie dawaliśmy wiary, że nasz automat nie pobiera ciepłej wody i pranie po chińsku to pranie w zimnej wodzie. Ale nie, Teresa potwierdziła: pralka pierze w zimnej. I nie żeby była jakimś najprostszym modelem, nie – pranie w zimnej to chiński standard. Zaś przy pierwszym praniu wyszło również na jaw, że odpływ wody w chińskim automacie odbywa się …rurą do kanalizacji? O niee – odpływ idzie prosto na podłogę, tj. pod twoje nogi, co jest szczególnie miłe, jeśli stoisz akurat w promieniu mniej niż dwóch metrów od Szczytu Chińskiej Myśli Technicznej. Rursko z Shenzhen replay.

Jeśli już mowa o szczytach, budowniczowie szkoły też popisali się ciekawym szczytem. Reszty niech dopowie poniższe zdjęcie.

W Chinach woda ma najwyraźniej rozkaz płynąć pod górę.
W Chinach woda ma najwyraźniej rozkaz płynąć pod górę.

Do ciekawszych zdarzeń pierwszych dni należy też z pewnością zaliczyć bliskie spotkanie Ewy z chińskim przedłużaczem prądu.

E: W supermarkecie zakupiliśmy przedłużacz. W momencie podłączania go do kontaktu nagle mi coś huknęło, zadymiło, właściwie wybuchło mi w rękach. Nic mi się na szczęście nie stało, ale po pierwszym szoku pomyślałam sobie „No to zaliczam niezłe początki z chińską elektrycznością”.

Tak więc przedłużacz przestał działać już na starcie, choć nawet ciężko tu o jakimkolwiek starcie mówić. Słowem: porządna chińska robota.

Na cudzym garnuszku

Jednak najwięcej emocji przysporzył nam dzień trzeci naszego pobytu w Meizhou. Tego dnia, szef kuchni naszej szkolnej stołówki (ponoć doświadczony i utytułowany) przygotował nam coś, co wspominamy po dziś dzień. Oto na obiad zaserwowano nam po misce przeźroczystego, czerwonawego płynu, w którym strzępy rozbitego jajka zderzały się z kilkoma kawałkami ni to ugotowanego, ni to uduszonego pomidora. Po skosztowaniu pierwszych dwóch-trzech łyżek tego płynnego czegoś, tylko spojrzeliśmy po sobie. Na usta cisnęło się jedno: czy to jest jakiś faken dżołk!?

A teraz, uwaga, najlepsze: tę breję o smaku jajek, które wpadły do zalanego wrzątkiem wiadra po bigosie, nasza zaprzyjaźniona nauczycielka nazwała „tomato soup”, a więc – tak, tak – zupą pomidorową!

Po wnikliwej analizie naszej super-zupy, uznaliśmy, że poznaliśmy sekret naszego nadwornego kucharza, tak więc niniejszym dzielimy się z Wami przepisem na to cudo kuchni chińskiej.

Uwaga, oto przepis na pomidorówkę alá Meizhou:
– wlej do garnka wodę (im więcej, tym lepiej, starczy na większą rodzinę),
– pokrój jednego niedużego pomidora w ósemki, dodaj do wody,
– dorzuć jajecznicę,
– dopraw ćwiercią szczypty soli,
– chwilkę gotuj,
Smacznego!

Na głęboką wodę

Nie dziw się więc nam, Drogi Czytelniku, że już następnego dnia postanowiliśmy wybrać się na miasto. Sami, we dwoje, miejskim autobusem. Uznaliśmy, że to najwyższa pora, by wyjść spod klosza, pod którym nas trzymano i spróbować samodzielnego życia. Poza tym, raz kozie śmierć – powiedzieliśmy sobie – ale skoro mamy łykać na miejscu takie pomidorówki jak opisana powyżej, to już lepiej zginąć śmiercią głodową. A nuż na mieście gotują ździebko lepiej…?

W szkole, w której już w pierwszym roku jej działania pracowało aż dwunastu nauczycieli jęz. angielskiego, zawsze było kogo spytać o pomoc w tłumaczeniu, a przecież tłumaczone musiało być dosłownie wszystko. Inna sprawa, że szkolni angliści mieli chyba odgórne polecenie od dyrekcji, by Dżeka i jego żonę obsługiwać jak pożar, tj. od razu. To dobrze świadczyło o naszych gospodarzach i było nadzwyczaj miłe, już nie mówiąc jak wysoce praktyczne. Bo a to świeżo oddany w użytkowanie telefon komórkowy wysyłał jakieś tajemnicze smsy pełne chińskich krzaczków, a to administracja po raz kolejny prosiła o dane osobowe, a to coś się w pokoju zepsuło lub pojawiła się potrzeba zamontowania dodatkowej półeczki itp. Za każdym razem któryś z nauczycieli wnet przybiegał do naszego pokoju lub gdziekolwiek aktualnie przebywaliśmy i sprawa była załatwiana od ręki. Ale sami na mieście – to już zupełnie inna historia…

Rozkład jazdy – i wszystko jasne…
Rozkład jazdy – i wszystko jasne…

Wszystko oczywiście rozbiło się o język, a zaczęło rozbijać się już w autobusie miejskim linii nr 5. Bo jak np. zapytać kierowcę lub któregokolwiek z pasażerów, ile i jak płaci się za bilet albo gdzie wysiąść? Zresztą, do tego trzeba by najpierw umieć powiedzieć, dokąd się jedzie i gdzie chce się wysiąść. Na nasze szczęście, tym samym autobusem jechał nauczyciel z naszej szkoły i choć jego język był pożal się Boże, to jednak to już wystarczyło, by podpowiedział nam, na którym przystanku wysiąść, by dojść do naszego supermarketu, jedynego znanego nam wtedy punktu orientacyjnego w mieście.

Trzy wspólne wizyty w markecie z Teresą niejako uśpiły naszą czujność, więc dopiero ten czwarty raz w pełni uzmysłowił nam nasze kalectwo. Bo ileż można było krążyć między półkami jak ćma, wyszukując jakichkolwiek napisów po angielsku? A jeśli nawet już znalazłeś napis „Ingredients” (ang.: składniki), to same składniki były już wypisane tylko po chińsku. Próby proszenia obsługi bądź klientów o pomoc zarzuciliśmy dość szybko, jako że każdorazowo przy naszej próbie „Excuse me”, zagadywany personel albo uśmiechał się głupio do siebie nawzajem, albo w wielkim pośpiechu machał przecząco dłońmi, zaś zaczepiani klienci kiwali przecząco głowami, a kilku zwyczajnie skręciło w boczne alejki, co odebraliśmy jako ucieczkę, tyle że z gracją. I tylko czuliśmy na sobie chińskie oddechy i ciekawskie spojrzenia zza pleców, bo przecież obcokrajowiec w Meizhou to widok wysoce niecodzienny, a para obcych to już w ogóle szok do kwadratu. Ale biorąc to na zdrowy rozum – gdyby w Bydgoszczy mieszkało dwudziestu ufoludków, czyż Ty, Drogi Potencjalny Bydgoszczaninie, byś się za obcymi stworami nie oglądał?

Rachunki, bilety – i wszystko jasne…
Rachunki, bilety – i wszystko jasne…

Najtrudniejszy pierwszy krok

Realia były takie: oto stanęliśmy na caluśki rok oko w oko z chińskim potworem, z którym ani się nie dogadasz, ani nic. Trzeba było sobie jednak jakoś radzić. Przede wszystkim, pierwszym chińskim znaczkiem, którego nauczyliśmy się rozpoznawać był znak , czyli yuan, tj. symbol chińskiej waluty, drugim zaś był , czyli mięso, co dla wegetarian jest jak znalazł.

Poza tym, będąc jeszcze pod opieką Teresy, zakupiliśmy plan miasta, i choć cała płachta była oczywiście po chińsku, to umiejętność czytania mapy, tj. rozpoznawania lokalizacji po kształtach ulic oraz interpolacji odległości stanowiła dużą pomoc w nauce topografii naszego przyszłego miasta. To, wsparte mapą w telefonie, dawało pewne oparcie. Niestety Chińczycy tradycyjnych map czytać nie potrafią, koniec kropka. Gdy np. pokazawszy Teresie plan jej miasta, spytaliśmy ją o jakiś punkt na niej, ta z rozbrajającą szczerością odrzekła, że plan Meizhou widzi po raz pierwszy w życiu. Aha…

Gwoli przypomnienia – tego dnia stało przed nami jedno z ważniejszych zadań: znaleźć oraz zamówić nasz pierwszy posiłek poza szkolną stołówką. Samodzielnie. I oby był on bardziej smaczny od szkolnej pomidorówki…

No więc idziemy ulicą, która wygląda nam obiecująco i – o dziwo – już w jednym z pierwszych lokali widzimy, jak pani z obsługi, zapewne szefowa, przyrządza coś, co chyba jest daniem bezmięsnym. Wchodzimy więc do środka, w lokalu wielkie poruszenie, a my – pokazując paluchem na właśnie przygotowywane danie – mówimy do kucharki „肉?” („Roł?” – Mięso?). Chyba nas nawet zrozumiała, bo kobiecina kiwnęła przecząco ręką i głową. No więc zamawiamy!

Spożywając nasze parowane ryżowe naleśniki z lekkim wsadem kilku liści sałaty, roztrzepanego jajka oraz siekanego czosnku, podane w sosie grzybowym (tłumaczenie z chińskiego – „długie naleśniki”) zastanawialiśmy się tylko, jak poszłoby nam ich zamówienie, gdyby akurat nie były przygotowywane i byśmy ich nie widzieli. Wiadomo, że poszłoby nam nijak.

Sprawna ręka naszej kucharki porcjuje długie naleśniki.
Sprawna ręka naszej kucharki porcjuje długie naleśniki.

Nasze pierwsze samodzielne kulinarne śliwki okazały się nie być robaczywkami, niemniej skromne rozmiary porcji tylko podrażniły nasz apetyt, zatem trzeba było szukać drugiego dania. Idziemy więc dalej tą samą ulicą. Jedno co już na tym etapie pobytu w Chinach odkryliśmy to, że zginąć w tym kraju z głodu nie masz absolutnie żadnych szans. Knajpka pogania knajpkę, a w każdej (zazwyczaj) coś trochę innego. Nie uchodzimy nawet stu metrów, gdy stajemy przed lokalem wyglądającym jeszcze lepiej niż poprzedni, tj. na regale leży dużo warzyw, a w parniku chyba właśnie dochodzi ryż. Tu jednak akurat nikt nikogo nie obsługuje, tak więc nie mamy na co wskazać paluchem. I klapa. Próbujemy machać kucharce i jej pomocnicy warzywami przed oczami, co jakiś czas powtarzając „Roł – noł”, co miało oznaczać „bez mięsa”, ale te tylko stoją jak zaklęte i w zamian mówią do nas non-stop po swojemu. Ale mają w sumie rację – przecież wykazaliśmy się znajomością jednego chińskiego wyrazu, co pozwoliło im założyć, że znamy również wiele innych. I tak pewnie byśmy tam sobie stali i gadali każdy swoje do końca świata, gdyby nie zesłano nam naszego anioła stróża. Oto zza naszych pleców nagle wyrósł obywatel Hong-Kongu, który też zgłodniał i jakimś cudem trafił pod tę samą strzechę co my. Byliśmy uratowani.

Jednak po pierwszej euforii oraz oblizaniu ust po smacznym drugim daniu, doszliśmy do wniosku, że gdyby nie nasz wielki fart tego dnia w postaci spotkania na ulicy człowieka mówiącego po angielsku, a wcześniej podpatrzenie gotowego (i bezmięsnego!) dania, chodzilibyśmy po mieście głodni.

Kontent po drugim daniu, w obstawie kucharek, chętnie pozujących do zdjęcia z obcym.
Kontent po drugim daniu, w obstawie kucharek, chętnie pozujących do zdjęcia z obcym.

Podczas tej pierwszej wyprawy na miasto wszystko było wyzwaniem. I gdy piszemy „wszystko”, mamy na myśli dosłownie wszystko, w tym też niby trywialne przejście na drugą stronę szosy na przystanek autobusowy. Bo w Chinach pasy dla pieszych to tylko jakieś białe, nikomu niepotrzebne i nic nieznaczące malunki na jezdni. Możemy śmiało stwierdzić, że dla nowicjusza nieobeznanego z chińską kulturą jazdy (jeśli w ogóle coś takiego istnieje), przejście na drugą stronę co bardziej ruchliwej ulicy może skończyć się przetrąconymi kończynami bądź zawałem serca. Tamtego popołudnia, po odstaniu na skraju jezdni dobrej minuty, cały czas z opadniętą szczęką, ostatecznie uznaliśmy, że nie ma innego sposobu, jak przykleić się do któregoś z lokalsów. Na zasadzie „patrz i kopiuj”, z przyśpieszonym tempem i strachem w oczach, udało się nam jakoś dotrzeć na drugą stronę brzegu rzeki samochodów i skuterów, które gnały ulicą tak, jakbyś ty w ogóle nie istniał.

Kalambury tylko dla wybrańców, czyli Chińskie Siury

A wracając do kwestii języka… W praktyce byliśmy więc niemowami i na niewiele zdawała się nasza znajomość języka migowego. Na niewiele, gdyż w nim Chińczycy są tylko ociupinkę mocniejsi niż w jęz. angielskim… Za przykład ich umiejętności czytania z rąk, ust i nóg niech posłuży historia, jak to podczas drugiej samodzielnej wyprawy na miasto zamówiliśmy naszą pierwszą zupę.

Tego dnia Teresa podwiozła nas zaledwie na najbliższą dzielnicę, daleko od znanej nam już co nieco okolicy naszego supermarketu. Gdy jako tako nasyciliśmy nasze oczy milionem nowych obrazów, przyszła pora nasycić żołądki. Ale tu skucha, bo jak okiem sięgnął pełno biznesów, ale żaden niezwiązany z gastronomią. Tak na marginesie, biznesy były pogrupowane tematycznie wedle ulic, np. na jednej znalazłeś same sklepy meblowe, na drugiej nic innego jak rząd sklepów z ceramicznymi płytkami, na trzeciej sklepy tylko z bateriami do łazienek itd., a nigdzie nic do jedzenia, nawet żadnego spożywczaka. Dodatkowo, trzypasmowe jezdnie plus szerokachne chodniki zazwyczaj nie pozwalały wypatrzeć, jaki biznes krył się po drugiej strony ulicy (a nuż inny?), tak więc po okrążeniu z pół dzielnicy, która konsekwentnie zaaranżowana była tematycznie, zaczęliśmy panikować, że w tym labiryncie biznesowego sektora ugrzęźniemy na amen i na ulicę gastronomiczną trafimy może dopiero pod wieczór. Na szczęście, gdy byliśmy już fest głodni (a gdy Polak głodny, to zły), naszym oczom ukazało się coś na kształt jadłodajni, takiej trochę lepszej, jakby aspirującej do nazwy restauracji. I nie była to fatamorgana! Zazwyczaj nie jemy w pierwszym lepszym miejscu, tym razem jednak nie było nawet takiej myśli, by wybrzydzać.

W lokalu, oprócz dwóch znudzonych panów z obsługi, nie było nikogusieńko. Ostatkami sił postaraliśmy się wytłumaczyć swoim łamanym, dwusłowym chińskim (mięso, yuan), o co nam chodzi, a potem jedyne, co pozostawało nam zrobić, to liczyć, że zostaliśmy w miarę dobrze zrozumieni.

Po upłynięciu całej wieczności, przyniesiono nam do stołu „coś”, widoczne na zdjęciu poniżej. Prosimy o wybaczenie jego jakości, bo nawet na pełnym głodzie robimy zazwyczaj lepsze zdjęcia. Tu jednak smak tego czegoś zaważył na wszystkim.

Doświadczenie ze szkolną pomidorówką było tak ekstremalne, iż wkrótce gotowi byliśmy uznać, że był to zwyczajny wypadek naszego szkolnego kucharza przy pracy. No przecież chińska kuchnia jest (ponoć) taka wspaniała…! Niestety. Podane nam danie – nie boimy się tego porównania – pod względem walorów smakowych dorównało samej stołówkowej pomidorówce. Ale do rzeczy:

Wielu z Was świetnie znana jest zapewne instytucja tzw. chińskiej zupki. Kostkę makaronu zalewamy wrzątkiem, dosypujemy siuwaksu z załączonych saszetek, wszystko parzymy pod przykryciem i oto chińska zupka gotowa. I właśnie tak zapewne nasza chińska zupa została przygotowana, z jedną jednak „drobną” różnicą: zupka smakowała tak, jakby panowie zapomnieli dorzucić zawartości saszetek.

Dlatego – uwaga, uwaga! – dla baaardzo zainteresowanych, poniżej podajemy przepis na Chińskiego Siura:
– woda gotowana (ok. 1/2 litra)
– makaron ryżowy (duża kostka)
– liść sałaty, parzony (kilka sztuk, nie za dużo)
– sól (blisko zeru, może ćwierć szczypty z małej chińskiej dłoni)
– pieprz (zero)
– przyprawy (zero)
– cokolwiek innego dla ubogacenia potrawy (zero).

J: Po chwili konsternacji, postanowiliśmy jakoś spróbować odratować podane nam siury. Załadowana na telefonie aplikacja tłumacza angielsko-chińskiego nie radziła sobie z dwuwyrazowymi wyrażeniami, w okienko tłumacza wpisałem więc wyraz „soja”, licząc (o ja, naiwny), że może jeden z panów domyśli się, że potrzeba nam sosu sojowego. Ale nie, przeceniłem ich inteligencję, choć coś tym ruchem zostało osiągnięte, jako że jeden z kucharzy wskazał na stojącą pod ścianą gablotę, w której mieścił się cały rząd wielkich słoi, a jeden z nich wypchany był ziarnami soi. Okej, soja już jest, nie jest źle – teraz „tylko” pozostało zobrazowanie pojęcia „sos”. No więc udaję, że nabieram te ich ziarna soi w wyimaginowaną garść i je wykręcam i wyżymam tak, że otrzymuję sok z soi, czyli nasz upragniony sojowy sos. Ale nic z tego, bo oto ten drugi leci za ladę, chwyta za słój, wyciąga z niego te ziarna, sypiąc je na miseczkę. Proszę, oto Twoja soja! – zdawał się mówić.

No więc wyjedliśmy im te ich chińskie siury tak, jak nam je podano, nie zmieniwszy wizji kucharza ani o jotę. Dodatkowo, wyjedliśmy je do dna, a złość nas przy tym ogarniająca była podwójna, bo nie tylko musieliśmy zjeść coś totalnie niezjadliwego, co przede wszystkim – nie zostawiając nic w miseczkach – zostawiliśmy gości w poczuciu, że dobrze gotują.

Chiński Super-siur. Po lewej miseczka tego, co miało być sosem sojowym. Wybaczcie, jeśli tym razem nie podamy adresu restauracji, w której nam to coś podano. Mamy w sobie jeszcze trochę litości i rozumiemy, że ktoś z tego biznesu utrzymuje rodzinę.
Chiński Super-siur. Po lewej miseczka tego, co miało być sosem sojowym. Wybaczcie, jeśli tym razem nie podamy adresu restauracji, w której nam to coś podano. Mamy w sobie jeszcze trochę litości i rozumiemy, że ktoś z tego biznesu utrzymuje rodzinę.

Czy napisaliśmy, że nasza złość była podwójna? Tak po prawdzie, była przynajmniej potrójna, gdyż zaraz za naszą Siurownią – jak na tematyczny podział tamtej dzielnicy przystało – zaczął się sektor gastronomiczny, a tylko nasza ślepota oraz pośpieszalstwo zatrzymały nas na pierwszej, tfu, lepszej knajpie. Dlatego, na pocieszenie po Super-siurze, dobiliśmy się puddingiem sojowym (ang.: soya pudding) zakupionym od ulicznej handlary, której będziemy w następnych miesiącach w miarę stałymi klientami. Co ciekawe, identyczny deser skosztowaliśmy już wcześniej w Malezji i właśnie od tamtejszych Chińczyków, tak więc sam towar był już nam znany.

 

Choć siedzi na krzesełku dla krasnoludka, to kontent. Wrrreszcie coś zjadliwego!
Choć siedzi na krzesełku dla krasnoludka, to kontent. Wrrreszcie coś zjadliwego!

 

Czujnemu oku kamery, mającej pilnować porządku pod bankomatem, o tej porze dnia pozostaje pilnować, czy wszystkim klientom smakuje. Po minach widać, że nikt nie składa reklamacji.
Czujnemu oku kamery, mającej pilnować porządku pod bankomatem, o tej porze dnia pozostaje pilnować, czy wszystkim klientom smakuje. Po minach widać, że nikt nie składa reklamacji.

Mądry Polak po…

Jak bardzo robaczywe by nie były nasze pierwsze chińskie śliwki, nas pocieszał fakt, że z dnia na dzień stawaliśmy się coraz mądrzejsi. Np. od tamtego czasu, cokolwiek nas zainteresowało na sklepowych półkach, robiliśmy temu czemuś zdjęcie, po czym pokazywaliśmy je naszym znajomym nauczycielom. Z nimi niestety nie było takiej komunikacji, na jakiej by nam zależało; ich praca nierzadko do 21:30 i Jacka do 12:10 nie za bardzo ze sobą współgrały – ale to już jeden z wątków, które zostaną poruszone w następnym wpisie pt. „Witaj, chińska szkoło!”.

PS: A wszystko to wspominamy i zapisujemy w ostatni wieczór w Meizhou. Już jutro czeka nas lot do Kunmingu; lot oczywiście z biletem w jedną stronę.

Save

Save

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s