Chiny · Ludzie · Praktycznie · Tajlandia · Wietnam

Na chińskim wygnaniu, czyli tryptyk Hong Kong – Wietnam – Tajlandia

Co jest za zakrętem życia? Nie dowiesz się, póki na takim zakręcie się nie znajdziesz. I uwaga na niespodzianki!
Co jest za zakrętem życia? Nie dowiesz się, póki na takim zakręcie się nie znajdziesz. I uwaga na niespodzianki!

Życie jak podróż – bywa pokręcone, jak ta droga na powyższym zdjęciu, i nigdy nie wiesz, co cię czeka za zakrętem życia. Nasze obecne wakacje są tego najlepszym przykładem.

Rok szkolny w Chinach minął nam jak z bicza strzelił. Nie wiadomo kiedy, a już należało rozejrzeć się za nową szkołą. No tak, może najpierw gwoli wyjaśnienia: Chiny jakie są, takie są, mimo to podjęliśmy decyzję pozostać w tzw. Państwie Środka na drugi rok. Tym razem, dla odmiany, padło na szkołę prywatną, uczącą autorski program w ramach szkoły publicznej. Ciekawostka: szkoła jest chrześcijańska (o kwestiach wolności wyznania będzie mowa w późniejszych wpisach). I aby zaznać innych Chin (wszak to kraj wielkości całej Europy), przenosimy się o dwie prowincje na zachód, czyli o jakieś 1500km w kierunku Indii i Birmy (obecnie Myanmar), do stolicy prowincji Yunnan, Kunmingu. Żaden ze znajomych Chińczyków w Kunmingu nie był, mimo to każdy z nich bez wyjątku, słysząc tę nowinę, przekonywał nas, jak tam pięknie i że mamy szczęście. Okej, a więc mamy szczęście!

Jednak przed poznaniem tej ponoć jednej z najpiękniejszych części Chin, należało przebrnąć przez formalności wizowe, a te, wierzcie nam, w ChRL potrafią urastać do rozmiarów niezrozumiałych dla przeciętnego Europejczyka – co oczywiście wiąże się z pewnymi perypetiami, które nie ominęły nas w zeszłym roku, a i w tym są również naszym udziałem, a przez to bezpośrednim czynnikiem kształtującym nasze obecne losy. Bo Chiny to taka dziwna kraj.

Tak więc oto na dwa dni przed upływem ważności naszych wiz (30 czerwca) gruchnęła wieść, że przedłużenia zeszłorocznej, w pełni legalnej wizy jednak nie będzie. Że należy wyrobić nową, co oznacza konieczność opuszczenia terytorium państwa na czas załatwiania formalności. Okej, ale co robić w tym czasie?

Zawsze do każdego wyjazdu staraliśmy się być dobrze przygotowani logistycznie, zawczasu planując dokładnie niemal każdy dzień wyjazdu. A tu nowina – trzeba było improwizować z dnia na dzień.

Najbliższa zagranica z Chin to Hong Kong. Okej, a więc na start Hong Kong. Ale co dalej? Przecież nie będziemy siedzieć w państewku, gdzie nie za bardzo jest co zwiedzać (choć są i tacy, jak np. przygodnie poznana Egipcjanka, która przyjechała do HK (sama!) na dwa tygodnie, z planem zwiedzania tamtejszego Disneylandu, shopping-centerów i innych tego typu turystycznych „atrakcji”). Hotele tam drogie jak kawior i żeby choć standard trzymały, standard jakikolwiek – to nie. Zresztą, zobaczcie sami.

Ewa chodzi po obu ścianach jednocześnie w rezydencji o powierzchni całych 5m kwadrat. Taki metraż to najlepsza motywacja do wyjścia na miasto. ;-)
Ewa chodzi po obu ścianach jednocześnie w rezydencji o powierzchni całych 5m kwadrat. Taki metraż to najlepsza motywacja do wyjścia na miasto. 😉

 

„Tańcowały dwa Michały, jeden duży, drugi mały”… Ale choćby nie wiadomo jak mały był ten drugi Michał, w łazience w Chungking Mansion musiałby tańcować gdzie indziej.

Nie mieliśmy też zbytniej ochoty na chodzenie po mieście, bo chodzić po Hong Kongu (przynajmniej w centrum) oznacza tyle co przebijanie się przez tłum na Woodstocku lub podczas wizyty papieża. Pytaliśmy o te tłumy lokalsów. Potwierdzają – tam nie jest tak tylko od święta, lecz dzień w dzień.

Tłok? Jaki tłok? W Hong Kongu taka ilość głów na metr kwadratowy to coś normalnego. Ostatecznie, to jeden z najbardziej zagęszczonych skrawków świata.
Tłok? Jaki tłok? W Hong Kongu taka ilość głów na metr kwadratowy to coś normalnego. Ostatecznie, to jeden z najbardziej zagęszczonych skrawków świata.

 

Wieczorami, korki chodnikowe tu się jeszcze nasilają.
Wieczorami, korki chodnikowe tu się jeszcze nasilają.

Wobec powyższego, podstawowym kryterium wyboru drugiego etapu naszych wakacji „na przeczekanie” była szybkość oraz łatwość w załatwieniu wiz do danego kraju, a ponadto ceny pobytu tamże. W tym rankingu przodowała Tajlandia (wiz brak), jednak tam być może będzie okazja popracować za rok czy dwa, a więc i pobyć oraz poznać kraj na dobre, tak więc stanęło na Wietnamie.

„Wietnam, Wietnam pali się.
Wietnam, Wietnam pali się.
Wietnamczyki, skurczybyki
W kukurydzy prażą się.”

Głupawą piosneczkę do powyższych słów powtarzało się jako smarkacz, którego tejże piosneczki nauczyli starsi o dwa lata koledzy. Tymczasem Wietnam i sami Wietnamczycy wywarli na nas pozytywne wrażenie, zdecydowanie lepsze niż to, które rysuje powyższy tekst.

Różni ludzie różnie piszą o Wietnamie, że tam hardcore, że Sajgon to prawdziwy przysłowiowy sajgon itp. Tyle że po roku pobytu w Chinach, Wietnam wydał nam się całkiem kulturalny i cywilizowany, przez co nietrudny do ogarnięcia. Czy to dlatego, że Chiny to, panie, szczyt szczytów, czy że Wietnam to rzeczywiście większa kultura niż z naszego punktu widzenia sądzimy?

O Wietnamie zdecydowanie popełnimy niejeden pełnowymiarowy wpis (bo że o Chinach, to wiadomo), tymczasem zaostrzymy Wam apetyt na informacje o tych krajach, zdradzając kilka podstawowych różnic między nimi. Trzy z nich uważamy za wyjątkowo obrazowe:

Różnica nr 1.

Oba kraje uwielbiają karaoke. Śpiewanie do taśmy (i nie żadnej tam pitu-pitu, lecz tej jak najbardziej profesjonalnej) to fenomen tak Chin, jak i Wietnamu. W obu krajach kluby karaoke łatwo rozpoznać; na zasadzie analogii architektonicznej, tak jak w Polsce najbardziej okazałym budynkiem w mieście zazwyczaj jest siedziba ZUSu, tak we wspomnianych krajach będzie nimi najbardziej modny klub karaoke. Z tym że o ile w Chinach na wieczór karaoke idzie się w grupie znajomych i w tym celu wynajmuje się własną, intymną salkę w klubie pełnym takich salek, przez co fałsze tudzież porykiwania członków swej paczki nie wychodzą na światło dzienne, pozostając w prywatności czterech ścian (mimo iż w Chinach ściany uszy mieć potrafią), o tyle wietnamski miłośnik śpiewu nie ma nic do ukrycia i swą pieśń niesie odważnie na ustach wszem i wobec, per poniższy obrazek.

Gdy mieszkasz w mieszkaniu-klatce, wieczorem chcesz rozprostować kości i trochę się zrelaksować w otwartej przestrzeni. Uliczne karaoke jest na to najlepszym sposobem. Pan z mikrofonem nawet zbytnio nie fałszował.
Gdy mieszkasz w mieszkaniu-klatce, wieczorem chcesz rozprostować kości i trochę się zrelaksować w otwartej przestrzeni. Uliczne karaoke jest na to najlepszym sposobem. Pan z mikrofonem nawet zbytnio nie fałszował.

Różnica nr 2.

W Wietnamie wsadzają ci swoje dzieci na kolana i pozwalają ci robić sobie zdjęcia z ich dzieckiem. W Chinach co prawda też pakują ci swoje dzieci na kolana, tyle że po to, aby zrobić TOBIE foty. Bo o ile przeciętny Wietnamczyk to w miarę opatrzony z widokiem obcego obywatel (wiadomo, mieli tam swego czasu sporo „gości” z Ameryki), to Chińczyk jawi się jako wyposzczony buszmen, co to wyskoczył ze swojej wioski i świata poza swoim światem nie widział. Damy głowę, że poniższa scenka zrobiła między członkami rodziny oraz znajomymi furorę i chodziła na WeChatcie (ichniejszym Fejsie) do zdarcia kliszy.

Chinka w pomarańczowym i jej bobas są pierwsi w kolejce do zdjęcia z „obcym”. To co, że bobas wyje, że nie chce – takiej okazji mamusia zmarnować nie może, bo wie, że na takiej prowincji raczej szybko się nie powtórzy.

 

Szybkie pozowane pstryk-pstryk, a pamiątka będzie na lata!
Szybkie pozowane pstryk-pstryk, a pamiątka będzie na lata!

Różnica nr 3.

Potrzeby fizjologiczne mamy wszyscy, niezależnie od kraju pochodzenia. Zapewne wszyscy też znamy powiedzenie „wszystko, co ludzkie nie jest nam obce”. No tak, tyle że Azjaci zdają się brać je, hmm, cokolwiek dosłownie… Tak, to fakt sprawdzony osobiście, naocznie, prawie namacalnie: i jedni, i drudzy potrafią odlać się na ulicy, ale tu, uwaga uwaga, spora różnica: o ile w Chinach z „tego” się wyrasta, o tyle w Wietnamie w „to” się wrasta. Innymi słowy: w Chinach, ulicznego siku oraz kupki dopuszczają się jedynie dzieci (tak do wieku ośmiu lat), podczas gdy dorosłe Chińczyki zdają się być już fizjologicznie bardziej powściągliwi, o tyle w Wietnamie to dzieci mają w sobie więcej wstydu, natomiast dorośli obsikują publiczne mury ile wlezie. (Hmm, czy tylko mężczyźni? Niech poniższe foty – wcale nie z ukrytej kamery wykonane – rozwieją resztki Waszych wątpliwości, a i zaspokoją Waszą palącą ciekawość. Co wrażliwszych zaś uprasza się o przejście wprost do następnego paragrafu.)

Toaleta? Dla Chińczyka – anywhere.
Toaleta? Dla Chińczyka – anywhere.

 

Jeden z tych Wietnamczyków, co to już dorosły, a wstydu nie ma.
Jeden z tych Wietnamczyków, co to już dorosły, a wstydu nie ma.

 

Sajgon, środek dnia, środek ruchliwej ulicy. Ta pani robi swoje, jakby nigdy nic.
Sajgon, środek dnia, środek ruchliwej ulicy. Ta pani robi swoje, jakby nigdy nic.

Tak czy siak, bilet powrotny do Hong Kongu zarezerwowaliśmy na 24 lipca, bo do wtedy miały trwać sprawy papierkowe, zanim można by było odwiedzić chińską ambasadę w dawnej brytyjskiej kolonii i złożyć tam aplikację wizową. Ale… Ale sprawy się przeciągnęły.

Nie zwykło się marnować biletów lotniczych, jednak czy warto wracać do Hong Kongu, by gnieździć się tam w wyczekiwaniu na papiery,  głównie tylko po to, by na siłę wykorzystać wykupiony lot? O nie!

Wieczorem dzień przed odlotem do HK zaczęliśmy przeszukiwać internet, gdzie tu by można szybko i w miarę tanio jechać. Trzeba też było brać pod uwagę pory deszczowe panujące obecnie w niektórych rejonach Azji. Padło na Tajlandię.

Tak więc podczas gdy w niedzielę 24 lipca w godzinach porannych na lotnisku w Sajgonie (obecnie Ho Chi Minh) zapewne wywoływano nas przez megafon jako zagubionych pasażerów lotu do Hong Kongu, my już warowaliśmy przy bramce lotu do Bangkoku. Lotu, a jakże, w jedną stronę.

Przepych i bogactwo ozdób w Wielkim Pałacu Prezydenckim (Grand Palace) w Bangkoku są oślepiające (dosłownie!) i mogą przyprawić o zawrót głowy. Upał tylko ten zawrót spotęguje.
Przepych i bogactwo ozdób w Wielkim Pałacu Prezydenckim (Grand Palace) w Bangkoku są oślepiające (dosłownie!) i mogą przyprawić o zawrót głowy. Upał tylko ten zawrót spotęguje.

 

Wietrzny poranek w gaju kokosowym na tajskiej prowincji – widok, który zapada w pamięć na długo. I niech zapada – jest tego wart.
Wietrzny poranek w gaju kokosowym na tajskiej prowincji – widok, który zapada w pamięć na długo. I niech zapada – jest tego wart.

Reasumując, wyjeżdżaliśmy w przekonaniu, że wrócimy po trzech tygodniach, dziś natomiast jesteśmy już ponad miesiąc w podróży i nadal dokładnie nie wiadomo, kiedy nam będzie dane do Chin wrócić. Ale co tam – jak przygoda to przygoda pełną gębą.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszą obecną sytuację. Dziś przenosimy się dalej na południe Tajlandii, ale o tym trochę później. Najpierw mamy zamiar nadrobić spore zaległości w relacjach z roku spędzonego w południowych Chinach.

Xie-xie za uwagę i do zobaczenia w następnym wpisie.

Ewa & Jacek

Reklamy

Jedna myśl na temat “Na chińskim wygnaniu, czyli tryptyk Hong Kong – Wietnam – Tajlandia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s