Chiny · Ludzie

Obcokrajowiec w dom – Bóg w dom

2-20151012 zebranie 4

Wszyscy w Europie mówili nam o specjalnym traktowaniu obcokrajowców przez Chińczyków, jak to będziemy tam hołubieni itd. Czy, po wylądowaniu na chińskiej prowincji, rzeczywistość pokryła się z zapowiedziami? Hmm, ona je zdecydowanie przerosła!

 

Gdy tylko stanęliśmy na chińskiej ziemi, mieliśmy stawić się w hotelu zarezerwowanym przez szkołę, tj. mojego nowego pracodawcę. Nie powiem, hotel był full-wypas, co jednak nie gwarantowało, że personel będzie mówił po angielsku. Nikt nie mówił ani w ząb. Na szczęście widelce choć mieli.
Na wieczór zaplanowano kolację powitalną. Na tę okazję, specjalnie z Meizhou (miasta, w którym będę pracował, ok. 350km od Hong-Kongu), przybyła przedstawicielka szkoły – osoba odpowiedzialna za moją rekrutację, a jednocześnie nasza przyszła opiekunka na miejscu (opiekunka pewnie z racji znajomości języka angielskiego w stopniu rzeczywiście komunikatywnym). Obecna była również miejscowa agentka załatwiająca wizowe formalności. Oto więc schodzimy do recepcji, spodziewając się wyjścia na miasto, ewentualnie bycia zaprowadzonymi do hotelowej restauracji, a tu obie panie prowadzą nas korytarzem do… zamkniętego pokoju. Wchodzimy – pomieszczenie jest wielkości średniego pokoju dziennego w Polsce. Pośrodku stoi wielki, okrągły stół; wokół niego z pięć, sześć krzeseł. Poza stołem i blatem pod ścianą, w pokoju nie ma nic. No, nie liczymy specjalnie oddelegowanej do naszej obsługi kelnerki, przez cały czas donoszącej na stół kolejne potrawy.
Okazuje się więc, że jeśli Chińczyk chce ugościć VIP’a, jedzenie na sali głównej odpada. Je się kameralnie, w mniejszym gronie, a rezerwacja oddzielnego pokoiku ma podkreślić wagę zapraszanego gościa.
Na drugi dzień rano wita nas piękna, słoneczna pogoda. Jest środek października, a przed palącym już od samego rana słońcem znajdujemy schronienie w klimatyzowanym pomieszczeniu samochodu, który powiezie nas do Meizhou, gdzie czeka na nas kwaterunek na terenie szkoły. Kto będzie nas wiózł, kto będzie naszym szoferem? Jak na VIP’ów przystało, nie kto inny jak sam dyrektor szkoły.

Po około czterech godzinach jazdy docieramy do miasta, w którym spędzić mamy, bagatela, cały szkolny rok. Już z trasy widzimy, że chińska przyroda jest piękna, co dobrze wróży naszemu tu pobytowi. Gdyby tylko nie ta architektura, cały krajobraz znieważająca swoją szpetotą (o tym szerzej w następnych wpisach)…

Witaj, szkoło!

Szkoła, jej rozmiary oraz inne szczegóły i ogóły pracy w chińskiej szkole będą oczywiście powracały na tym blogu nie raz i z pewnością staną się tematem głównym niejednego wpisu. Jednak póki co ograniczmy się do wzmianki, że na teren kampusu wjechaliśmy jedną z czterech bram wjazdowych. Czterech!
No więc wjeżdżamy przez tę bramę, następnie klucząc pomiędzy kilkunastoma budynkami podjeżdżamy pod jeden z nich, a tam co? A tam kłębi się tłumek. Kto to, co to? A no to Komitet Powitalny. Wóz staje, my gramolimy się z samochodu, ale ponieważ dyrektor stanął tak niefortunnie, bo blisko wysokiego krawężnika, to gdy otwieram drzwi, wysiadająca przede mną Ewa blokuje mnie swoimi drzwiami, więc ja – stając na nogach – staję również przed wyborem: albo pchać się do Komitetu, depcząc przy tym świeżo zasadzone rabatki, albo obejść wóz dookoła, by stanąć na wysokości zadania i godnie odebrać honory gościa-pracownika, ewentualnie czekać na rozwój sytuacji. Wybieram czekanie, jednak Komitet nie czeka – Komitet juści otacza pierwszą napotkaną bladą twarz zwartym kręgiem i się zaczyna: na czele Komitetu tkwi ta jedna „szczęściara”, wytypowana (ciekawe w/g jakich kryteriów?) do wygłoszenia mowy powitalnej. W jej dłoniach wystawny bukiet kwiatów, a na jej ustach formułka ą-ę, jak to serdecznie nas witają, jak to mają nadzieję, jak to och i ach. Mowa jest ewidentnie wyuczona, ale bierzemy poprawkę, że przyjechaliśmy do kraju w sumie komunistycznego, płomiennymi przemówieniami stojącego.

Po części oficjalnej nastąpić powinna proza życia, czyli należałoby wyjąć z bagażnika nasze toboły i udać się do naszego lokum. Koniec przemówień, powitań – uff. Lecz gdy tylko klapa bagażnika się uchyla, wszyscy członkowie Komitetu jak na sygnał rzucają się do wozu i juści wyciągają nasze torby! Kto żyw łapie, co może, i zaraz niesie wszystko, nawet parasolkę, aby tylko VIPy się nie nanosiły, nie daj Boże przepracowały. Nie powiem, było to krępujące, bo moje bądź co bądź przyszłe koleżanki z pracy nosiły za mnie moje graty. Ale widać taka tu kultura, takie tu zwyczaje – cóż więc można było zrobić? Tylko nieść swoje okulary przeciwsłoneczne i karnie dreptać za członkami Komitetu tam, dokąd podążała cała grupa. Tam, na końcu korytarza, gdy otworzono drzwi do jednego z pokoi, naszym oczom ukazało się łóżko z baldachimem. Tak, wiemy: to nie baldachim – to tylko moskitiera, w ciepłych krajach nie tyle oznaka luksusu, co standardowy, nieodłączny element wyposażenia. Mimo to, widok ten połechtał nasze ego dużo bardziej niż całe naręcza powitalnych kwiatów. Zaraz przyszły też na myśl obrazki z salonów królów i cesarzy, którzy to spali na łożach z baldachimami. Hmm…

 

2-201510 szkoła 8

Był to czwartek, zajęcia zaś miały rozpocząć się dopiero w poniedziałek. Te kilka dni przeznaczono na naszą aklimatyzację w – co tu mówić – totalnie odmiennej rzeczywistości, a także na zwyczajny odpoczynek. Ale nie tylko. Bo Chiny, jak przystało na państwo rządzone przez partię, to kraj zebrań i wizytacji. Na dodatek, moja szkoła to nówka nieśmigana, oczko w głowie lokalnych władz, więc każdy lokalny „lider” tudzież zagraniczny biznesmen chciał (bądź chcieć mu wypadało) obejrzeć tę największą szkołę w całej gminie Meixian (ok. miliona mieszkańców), co to taka światła i taka ważna w regionie, że aż zatrudniła sobie uczyciela z innego kontynentu (i na co miała zezwolenie władz prowincji, a co w Guangdongu nie jest wcale takie oczywiste). No i absolutnie dodatkową atrakcją wizytacji szkoły była możliwość zobaczenia na własne oczy tego jedynego obcokrajowca, który o dziwo nie chciał jechać do Szanghaju, Pekinu czy chociażby pobliskiego Shenzhen, ale jakimś dziwnym łutem szczęścia zgodził się przyjechać do maciupeńkiej miejscowości (taka chińska Bydgoszcz), czyli właściwie – jak na chińskie warunki – na wieś.

2-20151025 zebranie Hakka 1

2-20151012 zebranie 4

Każdy przemawiać może

No więc zaczęły się zebrania (jak się później okaże, cała seria zebrań). Pierwsze z nich odbyło się już następnego dnia po przyjeździe. Zorganizowane w głównej sali konferencyjnej szkoły wydano na cześć, a jakże, nowego uczyciela. Nie chwalę się, ale przybył na nie sam Pierwszy Sekretarz Partii gminy (tej około jednomilionowej), którego synalkowi za kilka miesięcy będę udzielał korepetycji z języka angielskiego, by ten pomyślnie przebrnął przez egzaminy wstępne na prestiżowy college w Anglii.

Jeśli zebrania, to i przemówienia. A Chińczycy przemawiać lubią, oj, lubią. Najpierw od siebie słówko powiedział Pierwszy Sekretarz. Zajęło mu to zaledwie, bagatela, z 15 minut. Nawet zbytnio się w jego trakcie nie znużyłem, jako że opiekunka tłumaczyła szeptem co dziesiąte zdanie. Po tym, co oczywiste – na zasadzie odbicia pałeczki – przyszła kolej na gospodarza, czyli siedzącego po przeciwnej stronie stołu dyrektora mojej szkoły. Ten już się nieco rozgadał, jako że miał swoją mowę przygotowaną na papierze – ale w pół godzinie chyba się zamknął. Siedziałem więc sobie z dygnitarzami przy konferencyjnym stole, każdy z podetkniętym pod usta mikrofonem oraz kubeczkiem herbaty, zaś na widowni w tyle zasiadali nauczyciele. Wszyscy, bo obecność obowiązkowa.

Aż tu nagle pora przyszła i na mnie. Z ust opiekunki odebrałem szybką instrukcję, co mam powiedzieć, tj. skąd jestem, co tu robię i dlaczego akurat Chiny.

Na taki rozwój sytuacji przygotowany raczej nie byłem, stąd moja mowa była krótka i treściwa. Czy była cokolwiek logiczna? Tego nie wiem. Tak czy inaczej, zebrałem rzęsiste brawa – i co ciekawe, nie tylko od tych, którzy mnie zrozumieli, jak np. chińscy nauczyciele angielskiego, ale i od tych, jak np. Pierwszy Sekretarz czy mój dyrektor, a ci angielskiego ani w ząb.

Zebrań ciąg dalszy

Jeśli ktoś myśli, że na tym się zebrania skończyły, grubo się myli. Tak naprawdę to był dopiero początek: a to kolejny lider chciał zobaczyć nową szkołę, a przy okazji pracującą w niej bladą twarz, a to w Meizhou odbył się światowy zjazd biznesmenów mających korzenie w lokalnej mniejszości Hakka, którym koniecznie trzeba było przedstawić nowo zatrudnionego obcokrajowca, a to wreszcie zawitał do nas sam Pierwszy Sekretarz całej prowincji Guangdong (takie nasze województwo, tyle że z ludnością ok. 110 milionów mieszk.), któremu Pierwszy Sekretarz naszej gminy mógł pochwalić się osiągnięciem w postaci zatrudnionego zagraniczniaka. Za każdym zebraniem były przemowy duże i większe, a każde z nich wywoływały burzę oklasków. Były kamery, wzajemne dyplomy i prezenty oraz wspólne zdjęcia, gdzie pozowanie do jednego zajmowało średnio pół godziny, bo Chińczycy celują w ustępowaniu sobie miejsca w centralnym punkcie ujęcia, jakby oznaką skromności było uznanie, że to temu drugiemu należy się miejsce w centrum. W efekcie, na moich oczach, poważni panowie w garniturach przepychali się (przepychali dosłownie!) jeden przez drugiego, by ostatecznie i tak ten uznawany od samego początku za najważniejszego wreszcie zgodził się ustanąć w środku, a reszta, po odbyciu pomniejszych przepychanek, mogła otoczyć Numero Uno ciasnym wianuszkiem swoich podobizn.

A w tym wszystkim siedzisz ty, a siedzisz jak na tureckim kazaniu, jako że twoja opiekunka tłumaczy już tylko co setne zdanie. Gdy więc widzisz, że padł jakiś żart, głupkowato się uśmiechasz. Po którymś z kolei przemówieniu przestajesz bić brawo, bo skoro nie rozumiesz, to w sumie czemu masz to brawo bić? A może bredzą od rzeczy? Robisz więc dobrą minę do chińskiej gry, choć z rękami nie ma co absolutnie zrobić. Dobrze choć, że herbaty wciąż dolewają.

Proszone obiadki

Gdy już jako tako opatrzyliśmy się Chińczykom w szkole, nadszedł czas bycia zapraszanym na pozaszkolne rauty. Oto np. kuratorka Sarah, czyli Mrs Xiao, pewnej niedzieli zaprasza nas na obiad do restauracji. Do swojej dyspozycji mamy, a jakże, oddzielny pokój. Niedługo potem, dyrektorka studiów, Mrs May, zapoznaje nas ze swoim „bratem”, a tak naprawdę przyjacielem z dzieciństwa („bratem” może zostać praktycznie każdy z przyjaciół), nieprzyzwoicie bogatym fabrykantem, który na naszą cześć wydaje kolację w jednej z lepszych restauracji w całym Meizhou. Oczywiście i tu mamy oddzielne pomieszczenie, tyle że tym razem jest nawet własna toaleta. Na okrągły stół płyną kolejne potrawy, a Fabrykant osobiście jako pierwszym ze wszystkich gości nakłada nam na miseczki „najtłustsze” kąski. Polewa też (również osobiście, choć ma szofera i asystenta w jednej osobie) trunek, który ma być „domowym winem”, a który okazuje się pierońskiej mocy whiskey własnej roboty. Gdy nieopatrznie pochwalam je bogatą gestykulacją, od tej pory Fabrykant polewa mi 50-procentowe „wino” dwa razy częściej, a już przy drugiej proszonej kolacji wręcza prezent: butelkę markowej whiskey. Tak z ciekawości, sprawdzamy w internecie jej cenę. Jest powalająca. Żartowaliśmy nawet, że po odsprzedaniu jej na internetowej aukcji skasowalibyśmy niezłą sumkę.

2-DSC_2864 obiad z Fabrykantem

Dochodzimy więc do wniosku, że o ile nieznajomość chińskiego (a ich nieznajomość angielskiego) dramatycznie utrudnia normalne funkcjonowanie w tym kraju, to bycie „bladą twarzą” w pewnych sytuacjach stawia „obcego” w uprzywilejowanej pozycji. Pomijamy już drobniejsze zdarzenia, np. kiedy będąc na feriach w miejscowości Furong i zwiedzając tamtejszą starówkę, otrzymaliśmy zaproszenie do zwiedzenia za darmo zazwyczaj biletowanego muzeum, czy nagminne sytuacje, kiedy możemy liczyć na poczęstunek i degustację nieznanego nam specjału, czy nawet na oferty spożycia darmowego posiłku.

Tematem pochodnym jest wielkie dziwowanie się Chińczyków na sam widok bladej twarzy, do tego zazwyczaj wyższej od nich o głowę, co być może po części wpływa na traktowanie nas jak powyżej. Ale o tym już w oddzielnym wpisie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s